IndeksIndeks  WydarzeniaWydarzenia  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share
 

 Legenda Tepes - Rozdział I: Samotny Dziedzic

Go down 
AutorWiadomość
Roderyk
Arystokrata
Roderyk

Liczba postów : 318
Punkty aktywności : 1747
Data dołączenia : 16/03/2019
Age : 23

Legenda Tepes - Rozdział I: Samotny Dziedzic Empty
PisanieTemat: Legenda Tepes - Rozdział I: Samotny Dziedzic   Legenda Tepes - Rozdział I: Samotny Dziedzic EmptyWto 26 Lis 2019, 20:46

Wieczór był nad wyraz cichy. Nieuważny wędrowiec mógłby przeoczyć oberżę, znajdującą się zaledwie kilkadziesiąt łokci od głównej drogi. Co warte odnotowania, nie był to budynek który można by określić takimi słowami jak mały bądź przytulny. Przybytek zbudowany był z solidnego, ciosanego kamienia i co ważne, posiadał rozbudowane skrzydło gościnne. Granice brukowanego dziedzińca wyznaczał niewysoki, acz solidny mur. Także i stajnia była ze wszechmiar budynkiem, którego wstydzić się nie sposób.

Dopiero po podejściu do bramy prowadzącej na dziedziniec dało się słyszeć szmery rozmów i dostrzec przebłyski światła. Każdy bardziej wtajemniczony w arkana naszego świata dostrzegłby, że efekt ów nie był otrzymany naturalnie. O tym wiedzieli jednak tylko bywalcy.

Było cicho. I ciemno.

Wszyscy obecni w oberży znali się dosyć dobrze. Nawet jeśli nie osobiście z imienia, to z widzenia oraz okrzyków wznoszonych przez kompanów. Pomieszczenie było zaskakująco dobrze oświetlone jak na przybytek prowadzony przez i dla Dzieciąt Nocy. Tym razem jednak nikt wesołych okrzyków nie wznosił. Nawet ogień rozpalony pośrodku wielkiej sali zdawał się nie trzaskać wesoło, a drewno w nim jedynie smętnie dogorywać. Rozmowy były ciche, niemrawe. Wszystkich obecnych irytował fakt, że nie mogą się urżnąć. Lali więc krew. Ludzką i swoją, nawzajem do kufli kompanów i kompanek.

Nawet osoby nieobeznane z ów karczmą szybko dostrzec by mogły pewną hierarchiczność pomieszczenia. Najbliżej paleniska zasiadali miejscowi. Ot, dobra brać towarzyska. Przy obu bocznych kominkach, ustawionych po przeciwnych bokach karczmy, zasiadali ci co nieco wyżej postawieni. Rzec by można, że lokalni i mniej lokalni poważani członkowie podziemnego społeczeństwa. Pomiędzy tymi obiema grupami, czyli w równej odległości pomiędzy paleniskiem a którymś z kominków, zasiadali albo nowi mieszkańcy, albo przyjezdni.

Ostatnim miejscem, zajętym dla najbardziej poważanych i zasłużonych, była niewielka loża na podwyższeniu. Postawiona była naprzeciwko baru i schodów znajdujących się po obu jego stronach. Pomiędzy szynkwasem a lożą znajdowało się wiele ław i potężne, centralne palenisko. Miejsce możnych, chociaż zdecydowanie wyróżniało się na tle całego wnętrza, nie było odizolowane od reszty tak jak bywało to w wielu oberżach. Bywalcy cenili sobie miejscową integrację. Był to swoistego rodzaju neutralny, ba, nawet rzec by można, że przyjacielski grunt.

Przy schodach z jednej jak i z drugiej strony znajdowały się drzwi. Jedne prowadziły oczywiście od razu od bramy dziedzińca, drugie zaś otwierały się na stajnie. Właściciel przybytku miał, co nierzadko bywało tematem kpin i nieszkodliwych żartów, fioła na punkcie symetrii. Budynek jak i jego wnętrze idealnie to odzwierciedlały.

Było coś kojącego w ciszy. Ale i niepokojącego. Bo i być tak nie powinno. Nikt jednak nie miał ochoty na hulanki. Zwłaszcza zaś ostatni dziedzic rodu, zasiadający w loży. Samotnie. Coś, czego nie znosił. Coś, czego cała wesoła karczmiana brać nie znosiła. Tak dziś jednak być musiało. Dziedzic bowiem opijał upadek swego rodu. Zatem i wszystkie Dziecięta Nocy, niezależnie od statusu, potęgi czy koneksji opijały wraz z nim.

Ten upiornie perfekcyjny, nienaturalnie spokojny scenariusz został jednak brutalnie przerwany. Przez kogoś, kogo karczmarz, zdziwiony ponad wszelką miarę jako i całość jego gości, zupełnie się nie spodziewali.

Było cicho. I ciemno. Jedynie olsze szumiały swoją smętną melodię poruszane nieistniejącym wiatrem.

Drobna kobieta stanęła w progu drzwi, prowadzących do bramy wyjazdowej. Jej ubrania wykonane były z materiałów najwyższej jakości, lecz jednocześnie utrzymane w prostym stylu. Długi, ciemnokarmazynowy płaszcz z kapturem, podbity futrem zwierza nieposiadającego nazwy w ludzkim języku. Prosta tunika z kuszącym dekoltem utrzymana w stonowanych, jesiennych barwach czerwieni, oranżu oraz czerni. Pod nią zaś czarne, skórzane spodnie, apetycznie podkreślające smukłe nogi swej właścicielki. Lekkie acz wytrzymałe i eleganckie buty musiały być wykonane z czarnych łusek bazyliszka.

Najbardziej fascynujący nie był jednak ubiór nieproszonej kobiety. Zdecydowanie nie. Poza faktem, iż wtargnęła na wrogie obecnie terytorium, w końcu przecież zdesekrowała samą swoją nieproszoną obecnością żałobę, przyciągała wzrok wszystkich Dzieciąt Nocy także z innego powodu. Jej długie, popielate włosy opadały w fantastycznych wzorach po bokach jej smukłej szyi. Niecodzienny, szlachetnie blady odcień skóry, zarumieniony jednakowoż piękną czerwienią w paru miejscach, uraczyć mógł najtwardsze nawet męskie serce. I te oczy, niesamowite oczy.

Prawie całe wypełnione były niesamowitą tęczówką. Wiśniową, karmazynową, szkarłatną...mieniącą się wszystkimi barwami czerwieni, zależnie od tego, z której strony by nie spojrzeć. Czy może same zmieniały swój wygląd? Nie sposób było odrzec na to pytanie. Głębia ich barwy podkreślana była czernią otchłani, zajmującej centralne miejsce obu ocząt kobiety.

Pierwszy gniew u gości na fakt, iż ktoś śmiał tu wtargnąć, minął właściwie bez śladu. Wszyscy wraz poczuli melancholię. Pustkę. Pociąg ku czemuś, czego nawet nie potrafili nazwać. Oberżysta był zmieszany. Z jednej strony bał się zapraszać kobietę do środka. Wiedział, w jakich nastrojach są jego goście. Jednakowoż nie potrafił jej odesłać. Stał więc jak zaczarowany za barem, polerując perfekcyjnie czysty kielich perfekcyjnie białą ścierką.

Jego dylemat rozwiązała sama zainteresowana. Z delikatnym uśmiechem podpłynęła do baru, stając bokiem do właściciela przybytku. Gdy jej nieskazitelnie czerwone oczy spoczęły wzrokiem na twarzy mężczyzny, ten przełknął zauważalnie ślinę. Strużka potu spłynęła mu po karku.

Poczuł się bardzo, ale to bardzo samotny.

Dopiero po kilku uderzeniach serca przypomniał sobie zarówno o dobrych manierach jak i obowiązkach gospodarza. Odłożył z zakłopotaniem kielich jak i kawałek materiału. Oparł się o kawałek blatu przed sobą. W momencie jednak gdy jego dłonie dotknęły wiecznie ciepłego drewna uznał, że wygląda pretensjonalnie. Chrząknął więc i wyprostował się, krzyżując ręce na piersi. Tę pozę odrzucił jednak jeszcze szybciej niż poprzednią.

Oberżysta spłonął rumieńcem. Zapomniał jakie to uczucie. Jeszcze jako człowiek zdarzało mu się to, jak każdemu przecież. Od czasu Rytuału Wtajemniczenia jednak nigdy rumieniec nie ozdobił jego twarzy. W ostatniej próbie ratowania swojego wizerunku jako dobrego i szeroko poważanego gospodarza podjął rozmowę.

- Czym też mogę…
- Nie denerwuj się, miły gospodarzu. Wszystko będzie dobrze. Rusalie obrodzą w tym roku dla ciebie nad wyraz obficie.


Wszystkie troski mężczyzny na raz rozwiały się. Nie ze względu na treść wypowiedzi kobiety, tej bowiem nie do końca zrozumiał. Głos. Delikatny, acz silny, łagodny, acz dumny głos tajemniczej przybyszki obudził w oberżyście dawno zapomniane uczucie. Czy może też nigdy wcześniej niedoświadczone?

Mężczyzna wyprostował się. Jego oblicze zmieniło się, a głos zmężniał. On sam osobiście tego nie zauważył, po prostu zachowywał się w swym mniemaniu naturalnie. Lecz wszyscy jego goście, znający go nierzadko równie dobrze jak i rodzinę, spojrzeli na niego w zdumieniu. Zawsze był uważany za osobę solidną i pracowitą, nikt jednak nie nazwałby go dumnym duchem. Teraz zaś w jego oczach płonął żar nienazwanej i nieukierunkowanej jeszcze, acz niesamowitej ambicji.

- Dziękuję ci pani - mężczyzna skłonił głowę. Nie uniżenie, lecz po to, by ukazać swój szacunek - Czymże mogę służyć tak szlachetnej damie?
- Ty mi powiedz, gospodarzu. Cóż takiego możesz mi zaoferować?
- Służę. Na przystawkę mogę zaoferować półmisek serów z akcentem owocowym tudzież wędzonki. Jeśli pani sobie życzy, wino do tego…
- Nie nie
 - twarz przybyszki na krótką chwilę skrzywiła się z niesmakiem - Żadnego wina. Sery brzmią wyśmienicie. Bez owoców, jeśli mogę wyrazić taką prośbę, chętnie zaś zobaczę akcent mięsny.
- Jak najbardziej, moja pani
- oberżysta nie był zdziwiony ów prośbą. Jego goście nieraz mieli specyficzne gusta - Mogę zasugerować w takim razie następnie zupę koprową lub też flisacką, zależnie od upodobań szlachetnej pani. Miłym dodatkiem będą do tego perliczki, potem zaś w ramach odpoczynku faszerowane jajka kurze.
- Och, to już będzie aż nadto. Pęknę z przejedzenia, miły gospodarzu
- wesoły uśmiech ponownie rozjaśnił całe wnętrze zajazdu - Ale oprzeć się zapachom twojej kuchni nie sposób, więc zgaduję że i moje podniebienie nie będzie opierać się smakom twoich dań. Niech będzie wszystko jak leci, zupę zaś, jeśli mogę prosić, flisacką zechciej mi przygotować.

Oczy kobiety błysnęły lekko. Obróciła się płynnym ruchem i ruszyła w kierunku najgorszym z możliwych zdaniem wszystkich zgromadzonych gości. W stronę loży. Jej kroki były przy tym tak delikatne, tak ciche, iż nawet Dzieci Nocy nie mogły ich usłyszeć. Ale każdy obserwował ją w skupieniu. Gdy przepływała obok paleniska, jeden ze zgromadzonych wampirów uchwycił ją za nadgarstek. Chociaż przynależne było mu miejsce przy jednym z kominów, ba, na co dzień nawet i w loży, to dzisiaj postanowił zasiąść tutaj. W jego żyłach płynęła czysta, niczym niezmącona krew. Toteż wielkie było jego zdziwienie, gdy okazało się, że nie zdołał złapać ów drobnej dłoni. Uniósł spojrzenie na szarowłosą i cichym, acz pewnym siebie tonem od razu wypalił.

- Panienko, zaufaj mi, nie chcesz z nim rozmawiać. Nie teraz, nie dzisiaj. Być może nigdy już nie…
- Wiem, co chcesz mi przekazać, szlachetny panie. Lecz uwierzcie mi na słowo. Jestem jedyną, która może uśmierzyć jego ból.


Słowa kobiety brzmiałyby absolutnie irracjonalnie gdyby powiedział je ktokolwiek inny. Gdy jednak arystokrata spojrzał w jej oczy, zrozumiał. I chociaż nie spuszczał jej z wzroku, czynił to wyłącznie dlatego, by móc dalej napawać się jej widokiem.

Szarowłosa zasiadła do stołu, przy którym znajdował się jeden jedyny samotny gość w bodajże całym przybytku. Był diabelsko przystojny. Kruczoczarne włosy były zaczesane częściowo do tyłu, lecz liczne niesforne kosmki dodawały mu dzikiego akcentu. Lazur jego oczu mógł sparaliżować swoją głębią. Twarz jego pokryta była nielicznymi zmarszczkami, które jednak zamiast wieku dodawały mu powagi. Krótki, nienagannie przycięty zarost. Dłonie, położone płasko na stole, świadczyły o tym, że arystokrata nie stronił od ciężkiej pracy. Jeden jego palec przyozdobiony był charakterystycznym pierścieniem. Sygnetem Smoka.

Ubrany był w białą, bawełnianą koszulę, na którą narzucił skórzany płaszcz. Co ciekawe, znajdowały się na nim nieliczne bo nieliczne, ale niemniej jednak obecne srebrne zdobienia. Przyciągnęło to wzrok przybyszki. Na krótko.

Odważna jesteś, kruszynko- nawet głos mężczyzny świadczył o jego szlachetności - Potrafiłbym to docenić. Dzisiaj jednak wybrałaś sobie nieprawdopodobnież zły dzień, by próbować wkraść się w moje łaski.
- Nie mam zamiaru wkradać się w twe łaski, Dziedzicu Smoka. Mam zamiar się w nie wedrzeć z pełnym impetem
- Dziedzic Smoka, powiadasz? Ha. Teraz to jestem co najwyżej dziedzicem popiołów.
- I dlatego też właśnie mnie potrzebujesz.
- Odważna jesteś
- powtórzył ponuro wampir, unosząc w końcu wzrok na swoją rozmówczynię. Mimowolnie uderzyła go czerwień jej oczu. Tak pięknie kontrastowałaby z jego lazurytem - Jedynym, czego potrzebuję, jest spokój. Ty zaś mi go zakłócasz. Niezbyt to rozsądne z twojej strony.
- Większość naszych działań polemizuje ze zdrowym rozsądkiem. Tak, jak teraz twe umartwianie się, Dziedzi…


Szarowłosa nie zdążyła dokończyć wypowiedzi. Kilka uderzeń serca później cała sala zamarła. Cichy szmer poniósł się po całym pomieszczeniu. Zszokowani goście patrzyli tylko oniemiali na dwie postacie w loży. Jedna z cór gospodarza, która właśnie szykowała przystawki dla tajemniczej przybyszki, upuściła z wrażenia talerz. Ojciec nawet jej nie strofował. Sam bowiem upuścił jeden z kielichów.

- Jak to zrobiłaś? - warknął przez zaciśnięte zęby arystokrata, nachylony nad stołem.
- Byłam skupiona. Ty zaś nie - co ciekawe, tajemnicza przybyszka widocznie wcale nie była zdenerwowana bądź też zestresowana całą sytuacją. Cały czas uśmiechała się delikatnie, obserwując swojego rozmówcę.
- Puść mnie.
- Jeśli przeprosisz.
- Czy ty…
- Przeproś, Dziedzicu Smoka. Pokora to pierwszy krok do odzyskania chwały dla twego rodu. Duma nie jest przeciwieństwem wstydu, lecz jego źródłem.


Arystokrata nagle zawahał się. Zawiesił na chwilę wzrok na jednym z licznych kielichów zajmujących jego stół. Odetchnął głęboko. Potem kolejny raz. I kolejny. W końcu podniósł swe oblicze na szarowłosą. Przymknął lekko oczy i schylił przed nią głowę. Kobieta puściła przegub jego ręki, po czym splotła przed sobą na blacie obie dłonie.

Wampir cofnął się z powrotem na swoje krzesło. Napił się krwistoczerwonego płynu ze swojego kielicha. Tym razem jednak, po raz pierwszy tego wieczoru, nie opróżnił go najszybciej jak to możliwe. Zwliżył jedynie gardło i odłożył na stolik. Z zaciekawieniem zaczął przyglądać się swojemu gościowi.

Było cicho. I ciemno. Jedynie olsze szumiały swoją smętną melodię poruszane nieistniejącym wiatrem.

- Masz rację. Wybacz mi. Zachowałem się impulsywnie. To samo zachowanie doprowadziło moich braci do śmierci.
- Przeprosiny jak najbardziej przyjęte. Aczkolwiek na twój rachunek składam wszystkie potłuczone naczynia w tym pomieszczeniu.
- Niska cena
- ze słabym uśmiechem wampir zgodził się na swoją pokutę, przytakując oszczędnie. Od razu jednak podjął wątek, który rozpalił jego ciekawość - Jak to możliwe, że zdążyłaś się obronić przed moim atakiem? Nie spotkałem jak dotąd nikogo, kto byłby w stanie mi dorównać w walce ani siłą, ani zwinnością, ty zaś ot tak zdołałaś uchwycić mnie za rękę i zatrzymać mój cios.
- Znam wiele ciekawych sztuczek, Azulonie.
- To jednak nie była żadna sztuczka
- arystokrata nawet drgnięciem powieki nie zdradził po sobie zdziwienia, że kobieta zna jego imię.
- Nie. Nie była. Jednakże, jeśli pozwolisz, pozostanie to póki co moją słodką tajemnicą.

Wampir parsknął lekko. Odchylił się na swoim krześle i w zamyśleniu spijał słodki nektar z kielicha. Obdarzył nad wyraz serdecznym spojrzeniem kelnerkę, która właśnie to przybyła z zamówionymi przystawkami. Ta zmieszała się widocznie. W normalnych okolicznościach zapewne chętnie wdałaby się w krótką rozmowę bądź grzeszny flirt z mężczyzną. Wszyscy jednak wiedzieli, co stało się z rodem wampira. Skłoniła więc tylko szybko głowę przed przybyszką jak i dziedzicem, po czym jak najszybciej wycofała się z loży.
   
- Pozwolę. Jak się okazuje, nie mam specjalnych środków przymusu, by wydrzeć ją z ciebie i tak.
- Och, jestem pewna, że znalazłoby się ich parę
- dziewczyna pochyliła się, by sięgnąć po jeden z noży. Ukroiła kawałek sera i skosztowała go. Przewróciła oczami widocznie ukontentowana smakiem i wróciła wzrokiem do wampira - Po prostu nie chcę stracić swojego atutu tajemniczości już na samym początku naszej znajomości, Azulonie.
- Niewątpliwie byłaby to niepowetowana strata. Aczkolwiek wprost nie mogę się doczekać, by poznać twe imię, moja pani.
- Ach, racja. Wybacz, mój panie, moje maniery. Na imię mi Nadalia.
- Hah. Pięknie. Szkoda, że nie potrafię ci uwierzyć -
usta wampira ponownie odcisnęły się na brzegu kielicha. Gestem wezwał karczmarza po nową porcję, nie spuszczając przy tym ani na chwilę swej rozmówczyni z oczu.
- Aż tak nieufny jesteś wobec mnie, mój panie? Ranisz me serce. Tyle drogi przebyłam by cię poznać, ty zaś odrzucasz tak bezlitośnie nawet moje powitanie.
- Z tego co widzę, znałaś mnie już wcześniej. Co samo w sobie jest bardzo ciekawe
- oczy Azulona błysnęły lekko, ale kobieta odpowiedziała na to jedynie lekkim wzruszeniem ramion - Nie potrafię uwierzyć w to, że nie jesteś czystokrwistą. Nie po tym, co mi tu zaprezentowałaś.
- Absolutnie nie mam zamiaru się wypierać tego, iż należę do szeroko pojętej arystokracji naszego tajemniczego półświatka, Azulonie.
- A jednak, nie zdradzasz swojego nazwiska.
- Gdyż takowego nie posiadam -
uśmiech szarowłosej zdradzał, że ta doskonale wie, do czego zmierza mężczyzna. W odpowiedzi westchnął jakby z rezygnacją, ale zaraz jednak kontynuował.
- Cóż to więc za czystokrwista, która nie posiada nazwiska? Wyrzutek, bękart, zdrajca? Czy może też specjalnie ukrywasz swoje rodowe miano?
- Nic z tych rzeczy, mój panie. Ani ja, ani me siostry nie legitymizujemy się żadnym nazwiskiem, gdyż takiego nie posiadamy. Zapewniam jednak, iż każda z nas jest dumną córką swego ojca.
- Siostry? Czyli jest was tutaj więcej? -
Azulon rozejrzał się po pomieszczeniu, ale nie dostrzegał nikogo więcej poza swoją rozmówczynią, kogo by nie znał.
- Och nie, przybyłam tutaj sama. Pragnę twej osoby tylko dla siebie samej.

Ostatnie słowa sprawiły, że serce wampira na chwilę się zatrzymało. Po czym przyspieszyło niespodziewanie. Nawet nie wiedział, czemu tak się stało. Owszem, jego nowa kompanka była nadzwyczaj piękna. Azulon ośmieliłby się stwierdzić nawet, iż jest najpiękniejszą kobietą jaką dane było mu ujrzeć. To jednak nie znaczyło przecież nic samo w sobie. Zwłaszcza, że jeszcze parę minut temu pałał żądzą Tanatosa, nie zaś Erosa.

Mimo to, przecież czuł wyraźnie, jak serce mu bije mocno. Nachylił się ponownie nad stołem opierając o blat łokciami. Oparł podbródek na złączonych dłoniach. Z zaciekawieniem przyglądał się młodej kobiecie. Niewątpliwie była niezwykła i wcale Dziedzic Smoka nie miał tu na myśli jej aparycji. Oraz miała całkowitą rację. Nie mógł tu siedzieć przecież przez wieczność.

Krew zawrzała w żyłach wampira. Ogień za plecami wampirzycy trzasnął niespodziewanie, sprawiając, że zgromadzona dookoła kompania zawołała w przestrachu. Spodziewali się, że ich przywódca ponownie wybuchnął gniewem. Ten jednakowoż nagle roześmiał się głośno. Niekoniecznie wesoło, ale był to już jakichś zaczątek.

- Intrygujesz mnie, Nadalio. Zechcesz mi więc powiedzieć, cóż takiego sprowadza twą osobę do mnie? I to w taki dzień?
- Jeszcze kilka dni temu powiedziałabym, że pragnę pomóc ci dotrzeć do domu twego ojca. W pewnym sensie, wciąż tego pragnę - szarowłosa wgryzła się w czerwony, soczysty owoc, którego soki spłynęły zaraz po jej ustach w dół - Teraz jednak jako zdobywca, nie zaś zagubiony syn.
- Hmpf - mruknął niezbyt wyraźnie Azulon, obserwując kuszącą kropelkę wędrującą niebezpiecznie blisko dekoltu jego rozmówczyni - Wiesz o mnie zaskakująco dużo rzeczy. Czy może raczej niepokojąco dużo. Roztropność każe mi zapytać, skąd?
- Olsze rosną wszędzie, Dziedzicu Smoka - uśmiech kobiety mógłby stopić najtwardsze nawet serce - Wystarczy się dobrze wsłuchać w ich szept.
- Ach, to wszystko tłumaczy przecież.
- Takie jest już przeznaczenie popiołów, by szukać swego żaru. Ty zaś, Azulonie, płoniesz niewiele lżej niźli Słońce.
- Mam nieodparte wrażenie, że w twych ustach słowa te to coś więcej, niźli tylko puste komplementy.
- Myślałam, że już postanowiłeś zaufać chociaż części moich słów.
- Niewątpliwie - arystokrata z rozkoszą przyglądał się jak niesforne pasemko włosów Nadalii opada swobodnie na jej twarz - Nie chcesz bym odzyskał dziedzictwo mego ojca z uwagi na sympatię wobec mej osoby. Przynajmniej nie jest to jedyna twoja motywacja. Pragniesz czegoś więcej. Mniemam, iż rozchodzi się o krew płonącą w moich żyłach. Cóż takiego cię w niej kusi, Nadalio?
- Znasz teorię czystej krwi, mój panie?
- Bujdy - mruknął niechętnie wampir - Nikt tego nigdy nie udowodnił.
- Być może bujdy. A być może jednak coś w niej jest. Wszak poślednie, słabsze Dziecięta Nocy zawsze lgną do arystokracji, wiedzione jakimś niepojętym instynktem.
- Czynią tak ze strachu i potrzeby ochrony, a także możliwości spełniania swoich osobistych ambicji. Nie szukałbym w tym niczego więcej.

Nadalia z zaciekawieniem przechyliła lekko głowę na prawą stronę. Zamilkła akurat w momencie, gdy pierwsze danie zawitało przed nią i jej rozmówcą. Wzbudziło to zainteresowanie Azulona. Kobieta zdawała się mieć idealnie rozplanowany cały schemat konwersacji tak, by akurat w momencie, gdy pojawią się przed nimi naczynia z parującą zupą, móc pozostawić wampira w niepewności.

Powoli, z namysłem jakby sięgnęła po łyżkę. Skosztowała wpierw ledwie paru kropli zupy. Przymknięte oczy i błogi uśmiech świadczyły najwyraźniej, że kuchnia zdecydowanie trafiała w jej gusta. Jadła niespiesznie, aczkolwiek też nie można rzec było, że z ociąganiem. To co jednak było niecodzienne to fakt, że jadła dokładnie tak samo, jak człowiek. Za każdym razem Nadalia sprawdzała ostrożnie, czy potrawa nie jest zbyt gorąca, gdy zaś była, to dmuchała delikatnie parę razy i dopiero wtedy kontynuowała posiłek.

Azulon całkowicie jej zachowania nie rozumiał. Dzieci Nocy a i owszem, czuły ciepło i zimno, jednak ich komfort cieplny był znacznie szerszy niźli ludzki. Toteż mężczyzna swoją miskę spałaszował w przeciągu minuty. Potem pozostało mu jedynie przyglądanie się swojej kompance.

Nie był jednak zniecierpliwiony. Życie niemalże na wygnaniu nauczyła go spokoju ducha. Chociaż oczywiście zdarzało mu się go tracić. Dzisiaj jednak miał przecież na to doskonałe usprawiedliwienie. Niecodziennie traci się całą rodzinę wraz z ukochanym ojcem. I to akurat wtedy, gdy był tak blisko uznania za godnego członka rodu…

- Ośmielę się z tobą nie zgodzić, Dziedzicu Smoka - kobieta odłożyła miskę na bok i otarła lekko usta. Zdaniem Azulona, zupełnie niepotrzebnie, bowiem nie widział, by jego rozmówczyni była gdziekolwiek zabrudzona - Dziecięta Nocy lgną do rodów wampirzych nie tylko z uwagi na bezpieczeństwo. Wręcz przeciwnie, walki pomiędzy arystokracją to bodaj najczęstszy powód śmierci naszych mniejszych pobratymców. Przyciąga je krew. Im starsza, tym potężniejsza.
- Mam wrażenie, że próbujesz w tym momencie umniejszyć moje zdolności przywódcze i zrzucić wszystkie moje zasługi na krew płonącą we mnie.
- Nic z tych rzeczy. Ojciec twój również przecież posiadał czystą krew, a jednak ostatecznie nie potrafił zgromadzić ostatecznie armii. Ty jesteś inny. Twe zdolności dopełniają dziedzictwa twej krwi.
- Rozumiem - Azulon ponownie rozłożył się wygodnie na swoim siedzisku. Z nieznanych mu powodów, zaczynał mieć całkiem niezgorsza humor - Jednakże, ty sama jesteś czystej krwi. Cóż ci więc z bycia moją towarzyszką?
- Nie będę jedyna z tego co mi wiadomo, Azulonie. Czy to wampiry czystej krwi, czy te posiadające ledwie jej cząstkę w sobie, wszystkie rozkwitają pod przywództwem pradawnych rodów. Takich, jak twój. Ponoć wszystkie Dziecięta Nocy posiadają niesamowite zdolności. Jednak tylko pod wodzą osób takich jak twój ojciec bądź ty są w stanie ukazać swój prawdziwy potencjał.
- Więc to jest twoja cena? Możliwość korzystania z mej krwi?
- Wystarczy mi jedynie, mój panie, możliwość przebywania blisko twej osoby.

Teraz mężczyzna zamilkł na chwilę. Owszem, słyszał o teorii czystej krwi. Niespecjalnie wcześniej w nią wierzył, jednak jego towarzyszka wydawała się całkowicie przekonana o jej prawdziwości. Azulon sam obserwował, jak wampiry pod jego wodzą zaczynają się zmieniać. On osobiście ze swoją najwierniejszą świtą nazywał proces ten dojrzewaniem. Niektórzy z jego podwładnych zaczynali lepiej panować nad swoimi umiejętnościami, inni zaś odkrywali w sobie całkowicie nowe. Wielu zdawało się mieć powinowactwo z żywiołem ognia, tym większe, im dłużej służyli pod Azulonem.

Sam Dziedzic twierdził, że to kwestia przede wszystkim treningu i rygoru. Być może jednak rzeczywiście w teorii czystej krwi było coś więcej. Dziecięta Nocy lgnęły do potężnych rodów jak ćmy do światła. On był doskonałym tego przykładem. Chociaż nie posiadał póki co wielkiego pałacu ani bogactw, wampiry chętnie zasilały jego świtę.

- Znam zatem już twoją cenę. A cóż takiego zaoferujesz mi w zamian, Nadalio? - pytanie było właściwie zbędne. Widział już, co kobieta potrafi. Ale chciał więcej.
- Zemstę, mój panie, zemstę. Wraz z nią zaś spełnienie twych najstarszych ambicji.
- Jesteś niesamowicie pewna siebie. Skąd przekonanie, że jesteś mi potrzebna do spełnienia moich celów?
- Do zdobycia rodowego zamku nie jestem zapewne niezbędna - delikatny uśmiech Nadalii poszerzył się odrobinę, ukazując drobne, perłowe ząbki - Wiem jednak, któż to obecnie swoją obecnością profanuje należną ci siedzibę rodową. Oraz wiem, co stało się z twoim ojcem.

W oczach Dziedzica smoka błysnął błękitny płomień. Wampiry w całej sali krzyknęły ze zdziwieniem, gdy paleniska nagle buchnęły w górę, by następnie zmienić swoją barwę na czerń. Kolor ten był zwiastunem wielu nie tak dalekich w czasie wydarzeń, które miały całkowicie zmienić przeznaczenie wszystkich niemalże zgromadzonych u boku Azulona Dzieciąt Nocy. O tym jednak nikt na razie jeszcze nie mógł wiedzieć. Poza delikatnie uśmiechniętą, zapatrzoną w Dziedzica Smoka Nadalią.

Było cicho. I ciemno. Jedynie olsze szumiały swoją smętną melodię poruszane nieistniejącym wiatrem.


Karta Postaci | Mieszkanie | Telefon

Seek strength
The rest will follow
Powrót do góry Go down
 
Legenda Tepes - Rozdział I: Samotny Dziedzic
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Encyklopedia :: Biblioteka :: Baśnie/Legendy Świata Mroku-
Skocz do: